iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Walentynkowo-pediatrycznie ;)

Ach, Walentynki :)))

Rozmarzyłem się... Nawet tak stare pryki jak ja lubią ten dzień... Albo noc ;))) O ile moja Owieczka nie nasączy walentynkowego serduszka z czekolady jakimś środkiem usypiającym...

Ale młodzież nic nie wie o antykoncepcji. NIC! A nawet jeśli wie, to w miłosnym uniesieniu - zapomni!

A co to jest młodzież? Ano, tak gdzieś do czterdziestki piątki (kobietki - bo mężczyzna po trzydziestym piątym to tylko złośliwy chichot Natury...). A młodzież lubi się kochać, prawda?

Oczywiście: Wy, piękne Panie i Panny, gospodarzące i goszczące w tej tu blożerii - Wy znacie się na rzeczy! Ale większość się nie zna, niestety...

No i potem co? W smutnym, deszczowym, zakatarzonym listopadzie - Cud Narodzin! Ciemno. Pierwsze awarie elektryczności i ogrzewania. Położne i lekarze w depresji. Mało witamin, same fastfudy. Oparzeliny i okopcenie po Zaduszkach. Smuta! Na spacer - trudno wyjść. W punkcie szczepień - powietrze ciężkie od flegmy, pracowicie odkrztuszanej przez tłumek w poczekalni (że co? że izolacja? osobne wejścia i osobne poczekalnie?? dobra, dobra..)

No i po co to nam? Dlatego: módlmy się do świętego Walentego, by się wziął i przeniósł z tym swoim całym świętem na lipiec. Bo w czerwcu już coś-tam ponoć mamy?

Lecz gdzież święty Walenty??? A tu. Proszę. Puk-puk.. Jest tam kto?...

 

Komentarzy: 2
RP - Rzeczpospolita Przytulna! ;)

W opowieści Panterrry o jej pierwszej miłości (ach, czy ja też mam oczy czekoladowe?.. A mam! Przynajmniej jedno ;))) uwagę moją przyciągnął zwłaszcza jeden szczegół: wspomnienie braku przytuleń w objęciach ojca.

Oj, psychologia zapewne już zbadała ten problem dogłębnie. Niby wszyscy o tym wiemy - jak ważne jest przytulanie. Dlaczego więc tak mało przytulamy nasze dzieci? Tak po prostu - spontanicznie i serdecznie.

My, ojcowie?

Syndrom rzadkiego przytulania jest powszechny i dziedziczny, szczególnie po linii męskiej - co jest zwłaszcza dlatego groźne, że większość polityków to mężczyźni (i tak pozostanie jeszcze długo).

Ciekawe byłoby poznanie, jak często doświadczyli przytuleń ojcowskich nasi politycy? Wiecie, o kim myślę przede wszystkim, ale Donek też ;)

O rany... Przytulać, przytulać, przytulać!

 



Zdjęcie z:  http://plantsgallery.blogspot.com/2008/07/galium-aparine-przytulia-czepna.html

Komentarzy: 7
O blogu i o pannie Zosi i o moim PO ;))

Bardzo fajnym i pouczającym doświadczeniem jest zamieszczenie wpisu "politycznego", który następnie wystawiony jest na widok publiczny.

Komentarze różniaste! Najbardziej fascynujące są wulgaryzmy oraz nieporadki intelektualne, bo wciąż moja konserwatywna natura broni się przed przyjęciem istnienia takich "komentatorów". Ale cóż - kiedyś, żeby upublicznić swoje zdanie trzeba było: umieć pisać, napisać, włożyć toto do koperty, nakleić znaczek (ohoho!), zaadresować i wreszcie - wysłać! Sami rozumiecie, że czasem była to poprzeczka ustawiona NAPRAWDĘ zbyt wysoko...

Bo na blogu, panie - jak w życiu:

Mierzyłem gorączkę pięknej pannie Zosi...
Słupek raz opadał, a raz się podnosił ;)))


Dla ułatwienia komentarzy ujawniam także swoje PO (Prawdziwe Oblicze):

 

Komentarzy: 11
Brawo Tusk :)

Niedawno pozwoliłem sobie stwierdzić (w żartobliwym tonie), że żaden normalny człowiek nie będzie się pchał samoistnie do prezydentury Polski, ponieważ jest to funkcja dęta i służąca prawie wyłącznie zaspokajaniu ambicji.

Prezydent jako funkcjonariusz partyjny - niestety, owszem. Przypominam niesławne "melduję wykonanie rozkazu", które mieliśmy okazję usłyszeć z ust Prezydenta Elekta Lecha Kaczyńskiego.

Donald Tusk zrezygnował z ubiegania się o urząd Prezydenta. Słucham z uwagą komentarzy polityków i publicystów. Nieliczni jedynie ("racjonaliści") wskazują na racjonalne powody tej decyzji, większość ("eskapiści") uznaje to za ucieczkę od ewentualnej kolejnej porażki w wyborach.

Oczywiście - nie wiem, jak jest naprawdę. Dołączam się jednak roboczo do grupy "racjonalistów" - czyli tych, którzy mówią: brawo! Tusk ma cechy osobowości, które predestynują go sprawowania funkcji związanych z rzeczywistą władzą. Jeśli pozostanie premierem, przełknę nawet reelekcję Lecha Kaczyńskiego. Jedyne, czego boję się naprawdę - to powrót do władzy Jarosława Kaczyńskiego.

Ale, jak mówi Pismo - po owocach poznamy ich :)

Komentarzy: 15
Zanurzeni w prawie (nieco powyżej nozdrzy...)

W pierwszych słowach mego wpisu proszę prawników o łaskawość - prawdopodobnie poniższe uwagi wzbudzą uśmiech politowania, ale niech tam! ;)

Żyjemy zanurzeni w prawie. Stopniowo i - zaryzykuję - nieuchronnie prawo ogarnia całość naszej egzystencji publicznej. Wierzę, że uda nam się ocalić jakieś resztki intymności, ale wiarę tę podkopała ostatnio informacja, że Chińczycy wydają na badania naukowe najwięcej na świecie.

Swoją drogą - najstarsze państwo świata, a wciąż tak głupio postępuje...

Pan Olgierd niestrudzenie tropi, obnaża i sztychuje absurdy prawne, a poziom komentarzy na jego blogu sprawia, że czuję się kompletnym ignorantem. Także on użył kiedyś określenia "zdarzenie prawne".

Czy prawo "jest", czy też prawo "opisuje"? Prawnicy zapewne już to rozstrzygnęli, ale ja nie wiem. Nie uczono mnie o tym w szkole, albo przespałem lekcję? Skłonny jestem przyjąć, że opisuje, ale jak jest naprawdę? Rozumiem, że prostych odpowiedzi nie ma.

Czyn A jest dziś dozwolony, a jutro już nie. Ten znowu ma małą szkodliwość społeczną (dlaczego więc prawo w ogóle zajmuje się nim?), a tamten znowu - dużą.

Co znaczy "mam prawo"? Niektórzy sprytnie przerzucili sprawę na Boga, albo Naturę. Podnieśli poprzeczkę do poziomu, na którym nie ma dyskusji. Czy nie jest tak, że stoi za prawem tylko siła? Czy prawo jest jak prąd w gniazdku - niby oczywiste, ale wystarczy byle wojna, która wyłączy elektrownię? Albo choćby obrady Parlamentu? Czy prawda jest aż tak trywialna, jak banalna moja ilustracja?

 

 

Komentarzy: 3
Bo liczy się człowiek!

Jeśli ktoś mi jeszcze raz powie, że mamy biedną "służbę zdrowia", to... wybiorę się do psychiatry, aby zbadał moją zdolność postrzegania i kojarzenia ;)

Nasza "służba zdrowia" należy do najbogatszych w świecie! Dowód? Proszę bardzo:

Godzina 2 w nocy. Dyspozytor Pogotowia Ratunkowego odbiera telefon. Mama 3 latka informuje, że jej pociecha ma 38,7 stopni gorączki. Dyspozytor (marna pensja, a praca odpowiedzialna) na wszelki wypadek wysyła karetkę ratunkową do wsi, odległej o 15 km. Lekarz zespołu karetki (kilkadziesiąt zł/godz.) "słabo się zna na dzieciach" i na wszelki wypadek przewozi je do lokalnego szpitala. Dziecko badane jest przez dyżurnego lekarza oddziału dziecięcego (kilkadziesiąt złotych/godz.), który stwierdza zapalenie gardła. Ponieważ trzeba "wyrobić limit NFZ", dziecko zostaje w szpitalu na 48 godzin. Obraz kliniczny oraz wyniki badań laboratoryjnych wskazują na raczej wirusową przyczynę, ale "na wszelki wypadek" dziecko dostaje antybiotyk. Akurat kończy się ważność ceftriaksonu, a więc ceftriakson! We wlewie dożylnym! Ponieważ przy okazji okazuje się, że malec ma zaparcie - robimy mu badania hormonów tarczycy. Czemu nie? Wszak zdarza się, że dzieci z niedoczynnością tarczycy mają zaparcie! No i w końcu - liczy się człowiek :)

Kiedy dziecko z kartą informacyjną trafia do kompetentnego lekarza, ten pęka ze smiechu i trzeba wyszkolić na jego miejsce nowego specjalistę (kilkaset tysięcy złotych...)

Jaki przebieg miałoby to zdarzenie w biedniejszym od Polski kraju, powiedzmy - w Szwajcarii?

Byłoby tak: mama dzwoni do dyżurnego lekarza zespołu lekarzy rodzinnych. Ten zbiera krótki wywiad, zaleca lek przeciwgorączkowy i nawodnienie oraz wizytę u lekarza rodzinnego w dniu następnym. Okazuje się nazajutrz, że mały pacjent ma zapalenie gardła, prawdopodobnie wirusowe. Obserwacja, leki przeciwzapalne, nawadnianie. Za kilka dni choroba ustępuje samoistnie. Okazjonalnie stwierdzone zaparcie ustępuje po zmianie diety na bogatobłonnikową oraz dzięki treningowi wypróżnień. Bo w Szwajcarii człowiek się nie liczy! Tam się liczą pieniądze.

I jak? Przekonałem Was?

Powiem więcej: kiedy polscy lekarze nauczą się w końcu wskrzeszać zmarłych, każdy z nas, w czasie hospitalizacji, przejdzie przez stół sekcyjny. Tak na wszelki wypadek.
Oby jednak nie zabrakło wtedy pieniędzy na dratwę... ;)))

 

Komentarzy: 5
Bierzmowanie

"Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej!" mój ojciec nie powiedział mi niczego, co utkwiłoby szczególnie w mej pamięci. Ale inni ludzie powiedzieli mi to za niego. Pomimo, że czasy były "złe" - ci, których spotykałem na swej drodze byli dobrzy. Prawie wszyscy. Miałem szczęście.

Kiedy byłem małym chłopcem uwierzyłem, że świat jest dobry. Startowałem do życia z górnej części moralnej sinusoidy, "z górki". Miałem świadomość faktu, że wśród moich rówieśników są tacy, którzy nie mieli powodu podzielać poglądu o dobroci świata, jednak ta świadomość nie była wyrazista. Nie zrozumie syty głodnego.

Spotykaliśmy się wtedy wszyscy w miejscu o kapitalnym wtedy znaczeniu - w salce katechetycznej. Było to miejsce szczególne między innymi dlatego, że nie była to szkoła. Zostawialiśmy za sobą szkolny rygor i szkolną scenografię i przenosiliśmy się do innego świata. Nie bez znaczenia była bliskość świątyni, wystarczyło przebiec podwórze i już wpadało się w jej chłodny majestat, pachnący kadzidłem.

Chciałbym ciepło wspomnieć w tym miejscu naszych księży, a szczególnie ks. Andrzeja Czerwińskiego i ks. Kazimierza Jancarza. Śmialiśmy się przy nich radośnie, ale i staraliśmy się uczyć pilnie, bo wstyd było zawieść ich oczekiwania. A byliśmy wtedy przecież zgrają niezłych urwisów! Oni wyciągali nas wszystkich w górę :)

Dlaczego to wspomnienie? Ano, mieliśmy dziś wizytę duszpasterską. Ksiądz przybył punktualnie, wszedł śmiało, pozdrowił wszystkich w Imię Boże, lecz po chwili.. z pokoiku wyszedł Zdzisio.. (oj, to nie ta piosenka!)

Zatem po chwili - rozpoczęliśmy rozmowę i poruszyliśmy temat przygotowania naszego syna do Bierzmowania. W skrócie: w naszej parafii warunkiem otrzymania tego sakramentu jest przedstawienie zaświadczenia (w postaci książeczki) uczestnictwa w mszach św, spowiedziach oraz niektórych nabożeństwach, na przykład takich jak majowe oraz różańcowe. Wskazaliśmy księdzu, że naszym zdaniem jest to zbiurokratyzowanie procesu, który powinien rozwijać się w sercu młodego człowieka. W końcu - Bierzmowanie jest sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej i dojrzałość tę potwierdza świadek. I - że najważniejszym świadkiem jesteśmy my, rodzice.

Dobrodziej na to, że jak się nam nie podoba, to możemy sobie zmienić parafię.

Znacie mnie troszkę i wiecie, że nie jestem zbyt ortodoksyjny ;) Ale moja Owieczka jest. Ona jest osobą o dojrzałej i mocnej wierze i kiedy usłyszała takie dictum - zagotowała się! Gdybym w ostatniej chwili nie odebrał jej samurajskiego miecza (który zwykle nosi przy sobie, zatknięty za figi z Triumpha - bardzo dobrze trzymają), Dobrodziej wyszedłby z własną głową pod pachą..

Ot, głupi ksiądz. Głupi proboszcz. I Rada Parafialna głupia.

Na odchodne powiedziałem duszpasterzowi, że na szczęście Kościół nie takie dziwactwa już przetrwał, to i jego przetrwa. Jak myślicie - przetrwa?

Komentarzy: 12
Mt 19,16 - 19,22

A oto jeden przystąpiwszy, rzekł mu: Nauczycielu dobry! Co dobrego mam czynić, abym miał życie wieczne?

A on mu rzekł: Co mnie pytasz o dobro? Jeden jest dobry, Bóg. Jeśli zaś chcesz wejść do życia, chowaj przykazania.

Rzecze mu: Które? Jezus zaś rzekł: "Nie będziesz zabijał, nie będziesz cudzołożył; nie będziesz czynił kradzieży, nie będziesz mówił fałszywego świadectwa.

Czcij ojca twego i matkę twoją: a będziesz miłował bliźniego twego, jako samego siebie"

Rzekł mu młodzieniec: Wszystkiego tego strzegłem od młodości mojej, czegóż mi jeszcze nie dostaje? Rzekł mu Jezus: Jeśli chcesz być doskonałym, idź, sprzedaj, co masz i daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; i przyjdź, pójdź za mną.

Gdy zaś młodzieniec usłyszał to słowo, odszedł smutny; albowiem miał majętności wiele.

Czy zatem Jezus kiepsko znał się na ludzkiej naturze? Nie sądzę. Kluczem (lub jednym z kluczy) jest słowo "wiele". Bo im więcej człek posiada, tym bardziej trudno mu z bogactwem rozstać się.

A jeśli w miejsce "młodzieńca" wstawić "Kościół"? Czy to miałoby sens? A jeśli tak - jak teologowie poradzili sobie z tym problemem?

Komentarzy: 2
Prezydent, czyli właściwie PO CO?...

Jestem naiwniakiem politycznym, mea culpa.. I jako taki, myślę sobie tak: po co właściwie normalny człowiek w DZISIEJSZEJ Polsce chciałby być Prezydentem? Normalny człowiek ma w życiu normalne cele. Normalne cele człowieka rozmieszczają się w sferach idei i praktyki z jednej strony, z drugiej zaś - w sferach prywatnej i publicznej. Normalne cele człowieka, to:

  • założenie rodziny i dobre wychowanie dzieci
  • dbałość o przyjaciół oraz ludzi potrzebujących
  • poszerzanie wiedzy, twórczość w dziedzinie sztuki
  • polityka, rozumiana jako roztropna troska o dobro wspólne
  • dbałość o własny dobrostan fizyczny (w celu podobania się płci przeciwnej) oraz duchowy (w celu podobania się Bogu)

Czy bycie Prezydentem ułatwia, czy utrudnia realizację powyższych celów? Pomyślałby kto może, że właśnie polityka jest dziedziną właściwą Prezydentowi? Ha, otóż bynajmniej... Prezydent w Polsce jest albo przeciw, albo z Parlamentem. Doświadczenie ostatnich lat wskazuje, że w żadnej z tych pozycji nie dokonał ten urząd niczego istotnego, czasem wręcz przyczyniał się do pogorszenia spraw publicznych.

Prezydent jest urzędem zupełnie zbędnym, także jako nośnik idei Państwa. Idea Państwa z wyboru? Wolne żarty! Zamiast Prezydenta - powinniśmy mieć Króla, ale nie elekcyjnego! Solidnego, dynastycznego, bożego pomazańca! Z piękną Królową :))) Musiałby On sobie tę godność wziąć sam, na białym rumaku, w lśniącej zbroi... Może macie jakieś typy na początek?

 

www.youtube.com/watch

 

Komentarzy: 6
Literackie wcześniactwo?

Tryknęliśmy się dziś z moją Owieczką, a - że w tym stadle tylko ja posiadam solidne ROGI - wynik owego tryknięcia nie był trudny do przewidzenia... ;)))

O co poszło? Ano: syn nasz, niespełna 15 letni, wrócił ze szkoły, mamrocząc pod nosem szpetne jakieś wyrazy. Jako empatyczni i czujni zarazem rodzice wypytaliśmy o powody tego wzburzenia i oto dowiedzieliśmy się, że poszło o "Małego Księcia". Lekturę szkolną.

Latorośl nasza uznała bowiem, że nie będzie czytać tak nudnej książki. Owieczkę zapowietrzyło, a ja począłem drapać się w głowę i, zanim zdążyłem cokolwiek wymyślić, Owieczka odpowietrzyła, co trzeba i dalejże! na młodzianka! Że jak on może być tak prostacki? Że przecież to PIĘKNA LITERATURA jest! Że tam tyle prawdy o życiu i Prawdy W Ogóle! I, że w ogóle!

Ja na to, że faktycznie - nudna książka. To znaczy - nudna dla piętnastolatka.

Większości ważnych książek nie wolno przeczytać zbyt wcześnie, bo trzeba najpierw dużo przeżyć, by zrozumieć znaczenie słów. By odczuć melodię słów i klimat, jaki z sobą niosą. "Mały Książę" jest właśnie jedną z takich opowieści. Podobnie jest z filmem, dziełami plastycznymi, może trochę mniej z muzyką, bo ona jakaś bardziej "wewnętrzna" jest i odwołuje się do temperamentu.

Owieczka ostatecznie zgodziła się ze mną, co nie było niczym dziwnym, bo wszak ten pogląd nie jest ani tylko mój, ani też - szczególnie odkrywczy. Jej zapowietrzenie było jednak całkiem zrozumiałe, bo przecież każdy by chciał, by jego syn, przeczytawszy w gimnazjum "Małego Księcia" westchnął: Ach, jakie to piękne...

Komentarzy: 10
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

NAJNOWSZE WPISY

O MNIE

baranek67

Zdradzę Wam mój przepis na szóstkę :) Rzucamy kostką i patrzymy. Jeśli nie wypadła szóstka - delikatnie ujmujemy kostkę i ustawiamy w pożądanej pozycji. Et voila! - oto mamy szóstkę! ;)))

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM