iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Piórko dla Marietki :)

Gdy (niestety..) opuściłem Mamy ciepły brzuszek,
Kiedy Ciotki zakrzyknęły -Jakiż słodki ten maluszek!
Kiedy głośno już wrzeszczałem,
Kiedy Dajcie jeść!!! wołałem,
Wtem...

- Dzień dobry! Jestem Marietka,
A to jest moja ankietka..
Ankietka dla Panów Bobasów - proszę o chwilę czasu...

Który Pan woli cycuszek?
A jaki kolor pieluszek?
Kim Pan będzie w przyszłości?
Co Pana ostatnio złości?
Oto rysunek pingwina:
Coś Panu to przypomina?

Gdy (ach, wreszcie!) opuściłem swój rodzinny dom,
Kiedy byłem już tak wolny, jak (na przykład) koń,
Kiedy rżałem i wierzgałem,
Gdy się w końcu zakochałem,
Wtem...

- Dzień dobry! Jestem Marietka,
A to jest moja ankietka..
Badam absztyfikantów - tylko proszę bez kantów!

Czy jest Pan uczuciowy?
Odróżnia Pan byka od krowy?
Czy umie Pan gotować?
Jak lubi się Pan całować?
Oto rysunek pingwina:
Coś Panu to przypomina?

Kiedy (oj, to już?..) stałem nad mogiłą,
Gdy myślałem -Ech, ty życie.. czyś się tylko śniło?
Kiedy powiał zimny wiatr,
Los powiedział szach i mat!
Wtem...

- Dzień dobry! Jestem Marietka,
A to jest moja ankietka..
Sprawdzimy, czy był Pan grzeczny... wszak czeka żywot wieczny ;)

Odrzekłem jej:  - Miła Pani,
Teraz JA mam pytanie:
- Kim Pani naprawdę jest?
Po co cały ten test?

Na to Marietka: - Cóż...
Jestem twój Anioł Stróż... :)))

 

Komentarzy: 6
Życie z Bogiem, życie bez Boga

Najpierw wyrażenie wątpliwości: czy to, co poniżej napisane, powinno być w ogóle napisane? Przecież tak wielu myślicieli temat ten analizowało na poziomach, o których ja nie mogę nawet marzyć?

Usprawiedliwienie: takie proste rozważania potrzebne są mnie samemu. Trzeba wiedzieć, dlaczego się "sądzi, że". Będę też zadowolony, jeśli ktoś przeczyta ten tekst z uwagą i doda coś od siebie.

Założenia tu i teraz:

1. mam ochotę używać życia. Nie potrafię go ogarnąć, ale wiem, że chcę żyć. Nie interesują mnie zagadnienia samobójstwa, ani chorób terminalnych. Nad tym będę myśleć potem. Mogę przecież zginąć w wypadku lub umrzeć nagle we śnie. Mogę też dożyć "starości bez wzmianki o chorobie" ;)
2. nie jestem sam. Mam żonę, dzieci, krewnych i znajomych. Więzy, które łączą mnie z nimi, sprawiają, że życie moje ma znaczenie nie tylko dla mnie. Co więcej, za dzieci i żonę czuję się odpowiedzialny.
3. mam rozum. Poznaję, analizuję. Cogito ergo sum. Rozum, używany prawidłowo, wie, że nie jest wszechmocny. Jednak niektóre twierdzenia są pewne. Dlatego nie interesują mnie poglądy, które są jawnie sprzeczne z analizami rozumu. Takie poglądy nazywam bełkotem.

Co oznacza "życie z Bogiem"? Oznacza, że przede wszystkim ma się przekonanie o Jego istnieniu. Nie będę się tutaj zastanawiać, skąd takie przekonanie się bierze, bo myślę, że bywa bardzo różnie, często nabywa się go w procesie wychowania. Tak, czy siak - jest Bóg. Bóg chrześcijan jest osobą i jednocześnie Panem. Dlatego człowiek wierzący w Boga musi się do Niego jakoś ustosunkować, poznać Jego zamiary względem siebie, oczekiwania. Używana jest tu także kategoria "miłości". Ma też chrześcijanin obietnicę życia wiecznego, choć nie wie, jak właściwie będzie ono wyglądać.
Powinności wobec Boga człowiek wierzący odkrywa w Kościele, dlatego, że osobista droga poznania jest dostępna tylko nielicznym, mistykom, i tylko z łaski Boga. Co więcej - to Kościół ostatecznie "zatwierdza ważność" takiego poznania Boga. Jest zatem sędzią we własnej sprawie.
Chrześcijanie twierdzą, że widzą Boga w innych ludziach. To daje im jakoby zdolność kochania i akceptacji ludzi ze względu na ich godność "dzieci Bożych". Czy tak jest rzeczywiście? Historia przynosi tu odpowiedź zdecydowanie przeczącą. Ilość i rodzaj krzywd, jakie chrześcijanie wyrządzili i wyrządzają nadal, nie różnią się istotnie od tychże, wyrządzanych przez wyznawców innych religii.

Co zaś oznacza "życie bez Boga"? Oznacza, że przede wszystkim nie ma się przekonania o Jego istnieniu lub nawet - przekonanie, że Boga nie ma. Geneza tych poglądów jest podobnie zróżnicowana, często rodzą się one w reakcji na działania Kościoła lub wskutek jawnej bełkotliwości twierdzeń teologii. Tak, czy siak - Boga nie ma lub nie wiadomo, czy istnieje. Co ciekawe, agnostycy czasem wykonują w tym miejscu fikołek myślowy i mówią: "lepiej założyć, że Bóg jest, bo w ostatecznym rachunku BYĆ MOŻE lepiej mi się to opłaci". Brzydki to fikołek...
Brak odniesienia do Boga powoduje, że relacje ze światem opierają się na innych podstawach: uczuciach wobec innych ludzi, emocjach i rozumie. Nie ma u ich źródła argumentu, że "Bóg mieszka w moim bliźnim".
Podstawowe zasady społeczne agnostyków i ateistów to: "nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe", "nie kop się z koniem" oraz "dopóki kogoś dobrze nie poznasz, traktuj go jako złośliwego idiotę". Są to zasady mądrościowe, sprawdzone w codziennym życiu.
Czy ateiści i agnostycy wyrządzają więcej krzywd? Chyba ani mniej, ani więcej. Nie znam jednak takich zestawień, opieram swoje zdanie na mojej wiedzy ogólnej. Ale może ktoś wie lepiej?
Agnostycy (czasem) i ateiści (zawsze) uważają, że życie definitywnie kończy się z momentem śmierci, dlatego wszystko co ważne, wydarzy się przed śmiercią. Co z tego wynika? Moralność nie jest uzasadniana racjami metafizycznymi. Trudniej może czasem dotrzymać wierności zasadom moralnym, lecz - jeśli się to uda - jest to "własne" zwycięstwo. Ja porównuję to do wspinaczki skalnej: człowiek wierzący wspina się, przypięty do liny asekuracyjnej. Niewierzący - idzie bez asekuracji.

Widzę to tak: kiedy zaczynasz, dobrze jest mieć linę. Tą liną może być Kościół lub rodzina. Potem dojrzewasz i decydujesz, czy odpinasz ją, czy też - idziesz dalej na linie. Człowieczeństwo to właśnie także ta wolność wyboru.

Komentarzy: 11
Szóści będą pierwszymi - eksekwo ;)))

Ucieczka! Od peletonu (nazywanego przez niektórych "ludzkością") oderwała się spora grupa i ostro pędzi do przodu! Spójrzmy na tych śmiałków - kolorowa cyganeria, rozgadana.. Sprzęt - pierwsza klasa. Niektórzy czasem jadą do tyłu, ale w jakiś przedziwny sposób - wciąż do przodu! Przyjrzyjmy się bliżej: no, no.. urodziwe toto niemożebnie i ładnie pachnie... A i kształty jakieś takie krąglejsze... Niektórzy zawodnicy pchają przed sobą wózki, a w sakwach piętrzą się zapasy pampersów... Pięknie! Toż to same kobitki! Domieszka gejów nie zaburza statystyki ;)

Kobiety wyrwały do przodu, któż więc został w tyle? Hm... No, któż by...?

Zostali w tyle. Cóż mają robić, nieboraki??

Nie mają ci oni wyraźnej miny, oj, nie mają.. Jedni rzucili się w pogoń - nie wiedzą jednak, że na dłuższym dystansie nie mają szans. Matka Natura tak ich urządziła.. Drudzy po cichu zawracają (że niby żelazko zostawili włączone albo jajecznicę na gazie...) i zasuwają do mamusi na knedelki. Trzeci znowu - dalejże do bidonów swoich sięgać, a dudlić! I po kolei kopyrt! do rowów przydrożnych. Czwarci (?) dalejże o teologii gaworzyć, sutanny i koloratki wdziewać i tak na rowerkach swoich się kolebiąc, do Pana Naszego Niebieskiego co raz skręcają. Piąci (??) zakładają warsztaty rowerowe i kursy na kartę rowerową oferują... Oj, patrzeć hadko...

Ale, ale... są i szóści. Oni mówią tak: nie trza nam bab gonić, jeno swoim tempem, chłopskim, z godnością jechać będziem! I dojedziem!

I mieli szóści rację :))) Baby do mety dojechały i na swoich chłopów poczekały! I dobrze im razem było i niejednemu potem taka rymowanka po łepetynie tłukła się:
 
Przyszła już jesień, odeszło lato,
A ty na wiosnę znów będziesz tatą ;)))

Komentarzy: 1
BUM-AUĆ!

Bum-auć bum-auć!

Zdanie to oznacza w języku Szezlongów: każdy jest kowalem swego losu. Na moje szczęście nikt już tego nie sprawdzi, ponieważ ostatni mówiący Szezlong dokonał swego żywota w służbie sławnej hrabiny Amoretty de Faquin... I zaprawdę - mógłby on nam jeszcze opowiedzieć niejedno o potężnych kafarach, bijących niestrudzenie ku uciesze nienasyconej hrabiny..

Każdy jest kowalem swego losu! Mądra ta sentencyja powstała w czasach, gdy każde dziecko wiedziało kim jest kowal. Ba! wiedziało nawet, jak wygląda koza i nie musiało w tym celu jeździć do ZOO. Ale to już zamierzchła przeszłość. Wprawdzie, jak wiele dawnych profesji, kowalstwo nieco jakby się odradza, ale już jako raczej wytwórca dzieł fikuśnych, niż przedmiotów codziennego użytku.

Jakże często zdarza się wokół nas, że Kowale Swego Losu używają innych ludzi jako młotów i kowadeł... Może i my bywamy takimi Upiornymi Kowalami? Kiedy dobrze nadstawić ucha, niemal w każdej chwili można usłyszeć owe Bum-auć! - głosami w różnych tonacjach, płaczliwymi i pełnymi bólu. Kowale są jednak niestrudzeni! Wykuwają losy, póki starczy materiału.

W dawnych, dobrych czasach różnie bywało. Ludzie wierzyli w piekło, które było niedaleko, na wyciągnięcie ręki. Pewnie - zdarzali się złoczyńcy (może nawet nie rzadziej, niż dziś), ale (znacznie częściej, niż dziś) kończyli marnie. Dzisiaj złoczyńcom wolno więcej i czują się znacznie bezpieczniej. Grozi im najwyżej resocjalizacja...

Ale, byście - Miłe Panie - nie czuły dreszczu na grzbiecie na sam dźwięk kowalskiego młota, lecz (być może?) raczej przyjemne drżenia tu-i-ówdzie, załączam na koniec podobiznę nadobnego Kovala Kovaliciousa, pochodzącą z sekretnego pamiętnika samej hrabiny de Faquin... Ech, doprawdy szkoda, że nie ma już mówiących Szezlongów... ;)

 

 

Komentarzy: 10
Mapyguglpeel

Mógłbym patrzeć godzinami! Robię się chyba sentymentalny... ;)

Oto okolica, w której się wychowałem. Dach bloku, na który wychodziliśmy pomimo surowych zakazów rodziców. Podwórko, już bez piaskownicy (w tym miejscu trawa). Asfaltowe ścieżki, niegdyś pokryte meandrami torów dla kapslowych kolarzy, nadal biegną wśród trawników. Droga do szkoły. Szkolne boisko, na nim drobne przecinki uczniów.

 

Ulice tak mi bliskie. O! tędy mój pierwszy spacer z pierwszą szczenięcą sympatią. Przechodziliśmy koło remizy strażackiej i strażacy gwizdali ze śmiechem, ale i z podziwem, bo śliczna była ta moja Bogusia.. :)))

 

Jezioro, w którym utonął szkolny kolega. Tak naprawdę poczuliśmy jego brak dopiero, gdy z nowym rokiem szkolnym zobaczyliśmy puste krzesło w klasie.

 

Tyle wspomnień! A to tylko kilka z wielu miejsc.. Oj, będzie co robić w zimowe wieczory.

Komentarzy: 2
Willow - ad vocem :)

Życie to nie podróż, to wędrówka po pięknych manowcach (ech, Sted!), we mgle, z bardzo kiepską mapą, w ciężkich i ocierających stopy butach, ale za to czasem w całkiem niezłym towarzystwie i z bukłaczkiem dobrej małmazji przy pasie.

Życie niewątpliwie ma początek i koniec. Niektórzy twierdzą, że ten koniec jest końcem pozornym, lecz strach, jaki przed nim odczuwają, każe mi wątpić w szczerość ich zapewnień.

Kiedy już nastąpi koniec można wykreślić ścieżkę wędrowca, lecz nie wcześniej. Większość dochodzi nie tam, gdzie chciałaby dojść. Czasem nie starcza sił, czasem zawędruje się w skalne urwiska, niby na Czerwonych Wierchach. Czasem zaufa się złemu przewodnikowi.

W metamorfozie pociągu i drogi kryją się złudzenia, bywa, że złowrogie, bo zapowiadające klęskę. Za niektóre odpowiedzialni są nasi rodzice, za niektóre my sami. Lubimy złudzenia, bo rzeczywistość bez nich trudna jest do zniesienia. Czasem tak trudna, że grozi szaleństwem. Jest to zatem mechanizm obronny.

Uważam, że jednym z najważniejszych złudzeń jest poczucie istnienia szlaku wyznaczonego przez Los lub przez Boga. Szlaku, którego odkrycie jest zadaniem człowieka. "Tak widać miało być", "Tak chciał Bóg" mawiają ludzie, kiedy doświadczają nieszczęścia. Wokół inni kiwają głowami w zamyśleniu.

Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że potrafi pokierować swym życiem. To przejaw pychy. "Każdy jest kowalem swego losu" jest prawdą o tyle, że wskazuje na istnienie młota i kowadła. Walimy więc swoimi młotami co sił, a najczęściej jedynym pewnym tego skutkiem jest choroba wibracyjna i głuchota.

Nie jesteśmy też cząsteczkami, które błądzą w myśl opisów pana Browna, choć i taka myśl pojawia się, gdy uświadomić sobie potęgę kosmosu. To jednak byłaby teza zbyt pesymistyczna - wtedy życie nie miałoby sensu innego, niż biologiczny.

metamorfoza pociągu to też wehikuł (ciało? a może umysł, lub dusza? - każde z nich podlega innym prawom), a także stacje. Czy rzeczywiście stacje istnieją? Ileż razy okazują się tylko malowidłami na tekturowych atrapach? Chichotem fatamorgany? Mówimy - tu jest stacja! Inni na to - nie, już minęliśmy! Jeszcze inni są przekonani, że stacja dopiero będzie. I kto do kogo podąża właściwie? Trochę jak w tym starym dowcipie: pociągiem do Nowego Jorku jadą Albert Einstein i młody student. Student rozpoznał Mistrza i, chcąc mu się przypodobać, zagadnął: Panie Profesorze, czy Nowy Jork zatrzymuje się przy tym pociągu?

Z jednym zgodzę się chętnie bez wątpliwości: trzeba być uważnym i nigdy nie mijać innych wędrowców bez pozdrowienia. Być może najlepszym z nich jest Szczęść Boże! cokolwiek to znaczy. Głodnych nakarmić, zziębniętych ogrzać, smutnych pocieszyć i rozweselić małmazją. Troszczyć się o tych, których w tę mgłę wprowadziliśmy. A jeśli ktoś zechce nam towarzyszyć do końca, to żądać więcej byłoby bluźnierstwem :)

Komentarzy: 2
Dracula - porady domowe

Lubię sytuacje komiczne, a najbardziej takie, które - by komizm wybrzmiał do ostatniej nuty - wymagają od uczestników nie tylko poczucia humoru, ale też niemałej czasem determinacji... ;)

Byłem dziś na wizycie domowej. Po poradzie gawędziliśmy sobie z mamą dziecka o rozmaitych sprawach, między innymi o szczepieniach przeciw kleszczowemu zapaleniu mózgu. Mówiłem, że w naszych stronach właściwie się ono nie zdarza, a poza tym - najlepiej unikać kleszczy i takie tam.

Na to moja urocza rozmówczyni powiada, że jej kleszcze w ogóle nie atakują.

- Dlaczego?

- Może mam niesmaczną krew?

- Hm, aby to sprawdzić, musiałbym Panią ugryźć..

- Proszę więc to zrobić!

- Dobrze. Niech Pani odsłoni szyję.

Moja rozmówczyni zarumieniła się nieco. Odsłoniła szyję i odchyliła głowę na bok. Ugryzłem ją, lecz nie do krwi. Potem chichotaliśmy i byliśmy z siebie bardzo zadowoleni... ;)))

Jak myślicie, czy to stało się naprawdę?

 

Komentarzy: 8
Na jesienne wieczory

Nieuchronnie (?) zbliżają się jesienne wieczory. Jeśli kto ma okiennice - wiatr będzie nimi trzaskać. Jeśli kto ma szpary w oknach - wiatr będzie w nich świszczeć. A jeśli kto ma przed domem stare, wielkie drzewo - będzie słuchać jego opowieści w dziwnym, skrzypiącym języku.

Ale kiedy już nasłuchacie się do syta - zróbcie filiżankę pysznej... Zróbcie sobie, symetrycznie lub zwrotnie, że tak powiem ;)

Robi się prosto: 400 ml tłustego mleka i 200 g śmietanki tortowej zmieszać i zagotować. Dodać zawartość puszki, mieszając. Ponownie doprowadzić do wrzenia i gotować przez około 1 minutę. Dodać odrobinę czegoś, co się lubi - może być winiak, albo rum lub starty migdałek (do nabycia niedrogo u laryngologów). Może być też jakieś zioło, by było goło i wesoło. Dodawanie sproszkowanego bursztynu lub proszku z mumii - w mojej ocenie mija się z celem.

Rozlać do filiżanek.  Smacznego :)

 

Komentarzy: 2
Kisiel...

Wiecie, co jest najbardziej przykrym uczuciem na dyżurze szpitalnym? Uczucie ograniczenia wolności.

Zamykam się na 48 godzin w szpitalu, niby ciągle coś się dzieje: pracuję przy pacjentach, rozmawiam z ludźmi, czytam, piszę. Mam też chwile wolne, mogę rozkoszować się prysznicem bez obawy o rujnację domowego budżetu.. Mogę nawet coś upichcić w kuchence. Mogę robić miny, przysiady, pompki i skłony, a nawet ćwiczyć jogę. Mogę spać. I za to wszystko dostaję zapłatę.

A jednak... w drugiej dobie patrzę w okno i liczę godziny do końca dyżuru. Nie znoszę drugiej doby dyżuru. Moje całe ciało woła: wyjść!!!

Wiem, że wielu lekarzy też tak to odczuwa. Niewiele potem potrzeba, by z błahego powodu powiedzieć o jedno słowo za dużo, zwłaszcza, jeśli o 3 w nocy zjawi się pacjent z katarkiem, trwającym od tygodnia..

Wiem, że powinniśmy umieć sobie radzić z takim stresem, ale nie umiemy. Nikt nas tego nie uczy. On jest jak kisiel - oblepia, dusi, a nie można chwycić go za gardło. Dobrze chociaż, że jutro niedziela. Zresztą rankiem zwykle wszystko wygląda lepiej i sam się sobie dziwię: o co ci właściwie chodziło?

No, właśnie.. Dość już tego rozmemłania! ;)))

Komentarzy: 7
Natura ludzka czyli WTC

Pewien mój znajomy, starszy już pan, oznajmił mi kilka miesięcy temu z przekonaniem, że atak na WTC był dziełem rządu amerykańskiego. Według niego: parę tysięcy ludzi, prawie wyłącznie obywateli USA, zginęło wskutek akcji tajnych służb swojego państwa.

Moje spojrzenie wyrażało zapewne zbaranienie, więc znajomy jął uwiarygodniać swe wywody mówiąc, że widział nawet film o tymże spisku. W filmie tym jakoby udowodniono ponad wszelką wątpliwość, że wersja zdarzeń, podana do publicznej wiadomości po śledztwie, nie trzyma się kupy. A ponadto, według mojego znajomego, wszyscy Żydzi zatrudnieni w WTC zostali ostrzeżeni i nie przyszli tego dnia do pracy. Zbaraniałem całkiem.

Dlaczego człowiek poważny opowiada takie rzeczy?

Natura ludzka jest jednak przekorna, obejrzałem więc ów film, a następnie przejrzałem listę ofiar WTC na stronach CNN. Odetchnąłem z ulgą.
Na liście ofiar było sporo nazwisk niewątpliwie żydowskiego pochodzenia, a przecież nie wszyscy amerykańscy Żydzi są -steinami lub -bergami.
Film zaś wzbudził we mnie taką oto wątpliwość zasadniczą: jeśli tajne służby USA tak nieudolnie ukrywały swe niecne czyny, że wystarczy półtorej godziny filmu, by obnażyć istotę rzeczy - to z pewnością nie tylko nie umiałyby przeprowadzić takich zamachów, ale nawet nie podstawiłyby skutecznie nogi staruszce, uciekającej ze sklepu z skradzionym batonikiem...

Pytanie jednak pozostało - dlaczego ludzie wierzą w takie bajki?

Komentarzy: 6
1 | 2 |

NAJNOWSZE WPISY

O MNIE

baranek67

Zdradzę Wam mój przepis na szóstkę :) Rzucamy kostką i patrzymy. Jeśli nie wypadła szóstka - delikatnie ujmujemy kostkę i ustawiamy w pożądanej pozycji. Et voila! - oto mamy szóstkę! ;)))

Mój profil w iWoman.pl

KATEGORIE

ARCHIWUM